Zadzwoń: +48 544 44 00 33, +48 604 999 333

Wolność finansowa

pieniądz

 

Ze Sławkiem Muturi, byłym partnerem Deloitta o wolności finansowej w korporacji i poza nią, rozmawiała Renata Plaga

 

Corporate-Wellness.pl: Wyszedłeś z korporacji, gdy osiągnąłeś wolność finansową i objechałeś cały świat, to dość nietypowe?

Sławek Muturi: Chyba tak, wśród moich znajomych nie ma wielu osób, które same zdecydowały się wyjść ze świata korporacji. Drugiej osoby, która podobnie jak ja odwiedziła każdy kraj na świecie nie znam ani osobiście, ani z przekazów medialnych.

 

C-W: Aktualnie jesteś emerytowanym partnerem Deloitta, podróżnikiem, pisarzem, kilka miesięcy temu wydałeś książkę pt.: ,,Wolność finansowa dzięki inwestowaniu w nieruchomości”, i pracujesz nad kolejną częścią?

SM: Rzeczywiście dokładnie rok temu (koniec maja 2009 roku) porzuciłem pracę dla Deloitte i w ciągu ostatnich 12 miesięcy zdążyłem zwiedzić m.in Etiopię i Somalię, Gwineę Równikową (ostatni kraj na mojej liście krajów do odwiedzenia), Nową Zelandię i Syrię. Zdążyłem też zaliczyć uroczyste spotkanie absolwentów mojego kursu MBA w London Business School, ślub kolegi w Szampanii, 2-tygodniowy turnus sanatoryjny w litewskich Druskiennikach i kilka razy odwiedzić moich dawnych współpracowników i przyjaciół w Rumunii. Prawdziwym odkryciem dla mnie był jednak StPetersburg. Zachwycił mnie swoim położeniem nad kanałami, wspaniałą architekturą, bogactwem kultury (Ermitaż, teatry, balety). Zafascynowała mnie rosyjska kultura i – na nowo – język. Postanowiłem, że Rok 2010 jest dla mnie Rokiem Nauki Rosyjskiego. Jestem słuchaczem Państwowego Uniwersytetu St.Petersburga. Zdążyłem też napisać i wydać swoją pierwszą w życiu książkę. Wspólnie z żoną utrzymujemy bloga poświęconego właśnie wolności finansowej dzięki inwestowaniu w nieruchomości (www.fridomia.pl). Piszemy z żoną kolejną książkę w której dzielimy się naszymi wieloletnimi doświadczeniami w zakresie zarządzania mieszkaniami pod wynajem.

 

C-W: Nie brakuje Ci zatem codziennych wyzwań?

SM: To prawda, właściwie to po to aby się mobilizować do codziennego wstawania rano, wyznaczyłem sobie szereg „projektów” z celami, z deadline’ami, itp. Na moich nowych projektach, sam sobie teraz jestem asystentką, juniorem, seniorem, menadżerem i partnerem. Czasami trochę się irytuję, że zbyt wolno się posuwam do przodu bo nie jestem biegły w obsługiwaniu Microsofta czy scanera, ale ogromnie się cieszę z tego, że na tych projektach też sam sobie jestem klientem. Nie muszę się martwić o wykonywanie narzuconych mi budżetów i celów sprzedażowych. Mogę się skupić na samej kreatywnej stronie projektów. Jakoś wcale mi nie brakuje tych codziennych wyzwań korporacyjnych.

 

C-W: Co dała Ci praca w korporacja na wysokich menadżerskich stanowiskach?

SM: Niewątpliwie bardzo dużo: wiedzy ogólno-biznesowej, wiary we własne umiejętności, zaufania we własny common sense, zdolności myślenia i działania projektowego czy procesowego, czy systemowego. Zdrowego sceptycyzmu, dużego networku profesjonalistów w wielu dziedzinach, kilka głębokich przyjaźni, kredytu zaufania obcych mi ludzi tylko dlatego, że mam Andersena czy Deloitte’a w CV, kasę na zbudowanie prawdziwej wolności finansowej. Także, doświadczenie wychodzenia obronną ręką z różnych trudnych sytuacji, umiejętności prezentowania i przekonywania do swoich pomysłów, liźnięcia obszarów takich jak IT czy HR, powtórnego przeczytania dokumentu przed jego wysłaniem, poznałem smak partnershipu, odpowiedzialności za los innych, zarządzania ryzykiem, zarządzania wiedzą.

 

C-W: Spory zasób doświadczeń. Na ile czułeś się współodpowiedzialny w tworzeniu kultury organizacyjnej firm, w których byłeś partnerem: Andersena, Deloitte?

SM: Bardziej w Andersenie niż w Deloitte. W tej pierwszej firmie spędziłem kilkanaście lat praktycznie od momentu gdy weszła na polski rynek. Dział konsultingu tworzyła garstka osób, a na dodatek nasz szef był Australijczykiem, który w ogóle nie mówił po polsku. Swój pierwszy projekt konsultingowy sprzedałem zupełnie sam, zanim wiedziałem na czym on do końca polega. Uczestniczyłem w rekrutacji wielu koleżanek i kolegów. Druga firma już miała swoje wypracowane standardy działania. W ciągu 3 lat tam spędzonych myślę, że miałem duży pozytywny wpływ na rozwój konsultingu na Bałkanach. Na resztę firmy nie starczyło mi czasu czy może cierpliwości.

 

C-W: Co było mocno stroną w sposobie zarządzania w tych korporacjach?

SM: Partnership, każdy miał możliwość stać się, współwłaścicielem firmy, partnerem. Ale współwłaścicielem, który nadal jest silnie zaangażowany w realizację projektów, w rozwijanie firmy, w tworzenie szans dla przyszłych pokoleń partnerów. W Andersenie istniały bardzo silne więzi międzyludzkie, między różnymi działami firmy, między biurami w różnych krajach, które przekładały się na owocną współpracę, wzajemną pomoc.

 

C-W: Co bylo słabą stroną?

SM: Bez komentarza☺

 

C-W: Czy Twoim zdaniem te firmy wykorzystywały właściwie potencjał ludzi dla nich pracujących?

SM: Raczej tak, przynajmniej tak się starały. Ale – wiadomo! – wszystko zależy od ludzi. Jeden partner bardziej dbał o rozwój swoich podwładnych, delegował na nich dużo odpowiedzialności, dawał na bieżąco feedback, inny wolał sam wszystko robić bo uważał, że zrobi to najlepiej, jeszcze inny wolał zamiast pracować ze swoimi zespołami uprawiać korporacyjną polityczkę.

 

C-W: Czego brakuje w dzisiejszych korporacjach, kiedy już patrzysz z pewnym dystansem?

SM: Chyba najbardziej brakuje właśnie owego … dystansu. Pamiętam jak raz zostałem poproszony, aby wyjaśnić jakiś problem, w jednym z działów naszej firmy. Odbyłem rozmowy ze wszystkimi partnerami, wyczuwalne było sporo nerwowości. Najspokojniejszy był młody partner, który miał najsłabsze wyniki. Gdy go o to zapytałem, powiedział mi bardzo mądrą rzecz: ,,Słuchaj Sławek, pewnie, że chciałbym mieć lepsze wyniki, kto by chciał być na samym końcu listy? Ale z drugiej strony znam swoją wartość – jestem na rynku postrzegany jako jeden z najlepszych fachowców w mojej dziedzinie, napisałem kilka książek, mam regularną kolumnę w największej gazecie biznesowej. Moje poczucie własnej wartości nie jest zależne od miejsca w rankingu względem tej, czy innej cyferki.” Według mnie trzeba robić swoje, robić to dobrze, najlepiej jak się potrafi a rezultaty same przyjdą. Jeśli to nie jest doceniane przez twoich szefów czy współpracowników, to może trzeba ich zmienić.

 

C-W: Jak to jest dojść na sam szczyt struktury organizacyjnej renomowanej korporacji i w środku pozostać sobą? Czy to się opłaca?

SM: Na początku mojej pracy w konsultingu poznałem wartości korporacyjne firmy Andersen. Bardzo mi one przypadły do gustu, widziałem w nich głęboki zdroworozsądkowy sens, pewną szlachetność, pewną misję społeczną, dumę zawodową. Do końca swojej kariery zawodowej, a nawet teraz będąc na emeryturze pozostaję im wierny. Jednocześnie od samego początku wiedziałem, że praca nie jest dla mnie celem samym w sobie. Nie po to pracowałem ciężko, aby się komuś przypodobać, aby awansować w strukturze. Praca była mi potrzebna do 3 rzeczy: a) zdobycia doświadczenia, b) do sfinansowania mojej pasji podróży, c) do zbudowania mojej wolności finansowej. Każdego roku stawiałem sobie precyzyjne cele w tych 3 wymiarach i pod koniec roku oceniałem stopień realizacji każdej z nich. Wraz z poczuciem spełnienia w realizacji moich celów, nabierałem większej pewności w sensowność mojego planu i coraz większego dystansu, który pozwalał mi pozostać sobą pomimo tego, że firmy zaczęły się zmieniać, czy nawet podjęliśmy decyzję o zmianie firmy. Po prostu dalej robiłem swoje.

 

C-W: Co powiedziałbyś młodym ludziom, którzy aspirują do pracy w międzynarodowych korporacjach?

SM: To napewno dobra szkoła życia. Róbcie wszystko – nawet kserokopie jeśli takie zadanie Wam zostanie powierzone na początku kariery – z pełnym zaangażowaniem i atencją. Natomiast wiedzcie po co to robicie. Po co chodzicie do pracy? Czy tylko dlatego, że tak wypada, że trzeba z czegoś żyć, że macie kredyt do spłacenia, że chcecie żyć na kosztownym poziomie, że chcecie udowodnić sąsiadom rodziców że jesteście w stanie osiągnąć więcej niż ich córka, że chcecie wejść na szczyt drabiny. A może jest jednak w tym jakiś bardziej osobisty cel? Warto go odnaleźć, bo on da wam busolę do dokonywania codziennych wyborów w pracy.

 

C-W: Najbliższe palny emerytowanego Partnera?

Jutro jadę znów na kurs języka rosyjskiego do St.Petersburga, a w połowie czerwca z synem na Mistrzostwa Świata do RPA, we wrześniu z żoną do Pekinu, w listopadzie do sanatorium do Soczi, a w grudniu gdzieś gdzie będzie ciepło. Chciałbym swoją książkę o wolności finansowej przetłumaczyć na rosyjski (oczywiście nie sam☺). Piszemy z żoną kolejną książkę – poradnik dla wynajmujących mieszkania. Szukam wydawcy książki spisującej moje obserwacje z podróży do wszystkich krajów świata. Nadal będziemy z żoną prowadzić blog na www.fridomia.pl. Rok 2011 będzie dla mnie Rokiem Nauki Chińskiego. W międzyczasie rozwijam nowozałożoną przeze mnie firmę, która zajmuje się kompleksową obsługą mieszkań, domów oraz lokali użytkowych w imieniu właścicieli (www.mzuri.com.pl). Rozpoczęliśmy od pilotażu w Łodzi, gdzie zarżądzamy już kilkudziesięcioma powierzonymi nam mieszkaniami i lokalami, wkrótce otwieram oddział w Warszawie, a w kolejnych latach w kolejnych polskich miastach. Dałem sobie 5 lat na rozwinięcie firmy do rozmiarów kiedy jej przyszłość już będzie stabilna. Wtedy zamierzam zatrudnić profesjonalny zarząd, a samemu się z niej zupełnie wycofać i czas poświęcać w połowie na realizację projektów rozwojowych w mojej rodzinnej Kenii, a drugą połowę zamierzam poświęcić na studia. Będę studiować szczęście.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *